#21: Arystokraci

Pocisk drasnął jej ramię.
Vivienne zacisnęła zęby i opadła gwałtownie drugim bokiem na ścianę korytarza. Dało jej to wystarczające podparcie by oddać przed siebie na ślepo trzy strzały. Gdzieś w półmroku przed nią zwalił się na posadzkę martwy cień.
Drugi akolita wyskoczył zza winkla z nożem w ręku.
Kaptur czarnej szaty mnicha miał odrzucony na plecy. Odsłaniał bladą twarz ziejącą śliną i szaleństwem. Choć jego oczy były puste, ślepe, zalane atramentem narkotyku, błyskawicznie zwrócił się ku rannej agentce Dozoru, tłukąc buciorami o posadzkę i wrzeszcząc nieskładnie, zupełnie jakby prowadziła go tylko woń jej kwi. Nie zdążył nawet podnieść ostrza w górę.
Rozległ się głuchy łomot kolejnego wystrzału.
Trafiła go w szyję. Wąski strumień krwi bryzgnął na ścianę, akolita zachwiał się w biegu, prawie upadł, lecz zatrzymała go dopiero druga kula roztrzaskująca mu skroń w rozbłysku światła. W powietrzu rozprysła się czerwona smuga przemieszana z kawałkami czaszki, a on sam huknął o spróchniałe deski jak pacynka, którą ktoś odciął od linek.
Vivienne wyrzuciła z siebie długie westchnienie ulgi i spojrzała na rękaw swojej brunatnej kurtki. Szybko ciemniał od krwi. Zdjęła z siebie okrycie, odsłaniając oliwkową cerę wychowaną w słońcu cesarskiej Stolicy, a następnie ciasno opatrzyła ranę, cały czas mierząc bronią w pustkę korytarza. Pomogła sobie zębami, używając wąskiego kłębka bandaża schowanego przy pasie.
Chwyciła pistolet oburącz i powoli ruszyła przed siebie, dysząc przez półotwarte usta, czując pot perlący się na jej smukłej twarzy, ściekający wzdłuż ostrych linii opalonych policzków. Okalał jej ciemne oczy płytkimi, słonymi smugami.
Zakrwawioną kurtkę zostawiła za sobą, co w każdym innym przypadku byłoby śmiercionośnym błędem, lecz nie miało to już znaczenia. Umazane arteriami ściany dowodziły tego, że wyznawcy kultu dawno zdążyli wpaść w szał, a gra zamieniła się z łowów w rozganianie rozwścieczonego roju fanatyków.
Jej uwagę zwróciły półotwarte drzwi przed klatką schodową.
Otworzyła je powoli nogą i stanęła w progu.
W niewielkiej sali zalanej ciepłym światłem wieczoru, przy dębowym stole, siedział rosły mężczyzna w ciemnoszarym mundurze karnej Kompanii Śmierci. Pomarańczowe refleksy słońca prześwitywały pomiędzy wzdętymi wiatrem firankami zawieszonymi przy wysokich, katedralnych oknach, tańcząc na zamyślonym obliczu żołnierza. Jego kwadratowa twarz, usiana rojem niewielkich blizn, jak po śrucie, poruszała się miarowo, przeżuwając kawałek posiłku. Masywna dłoń bez palca serdecznego wodziła widelcem po srebrnym talerzu i wybierała z niego kawałki mięsa.
Przy bogato zastawionym stole siedziały jeszcze cztery osoby, lecz poza milczącym skazańcem nikt nie częstował się wczesną kolacją. Dwie panie w długich alabastrowych sukniach leżały z głowami w talerzach, młodzieniec o rudych włosach spoczął z głową zwisającą mu na pierś, a starzec w błękitnym fraku zastygł z ręką zaciśniętą na własnej szyi. Przez pomieszczenie niosło się tylko stukanie widelca i ciche mlaskanie.
Muszka i szczerbinka rewolweru spotkały się na twarzy żołnierza.
Daj mi jeden powód żebym cię nie rozwaliła — powiedziała Vivienne.
Mężczyzna spojrzał niechętnie na lufę broni, ocenił jej długość i chyba nabrał nieco respektu, gdyż odłożył widelec, odchylił się w krześle i powiódł lubieżnym spojrzeniem od pełnych ud dziewczyny, jej brzucha, aż po piersi i opaloną twarz. Zatrzymał wzrok na bandażu i przejechał językiem po zębach, jak zły wilk z baśni.
Krwawisz — stwierdził głębokim głosem. — Co taka powabna agentka Dozoru robi tak daleko od Stolicy?
Co widmolandzki trep robi tak daleko od butelki wódki? — odgryzła się.
Mam wino — żachnął się i spojrzał na jej rękę. — Kto to?
Mimowolnie zerknęła na swój kruczy tatuaż przedstawiający dwie nagie kobiety splecione w miłosnym uścisku. Ich ciała były obsypane zordańskimi runami, zapisane niewypowiedzianym, czarnoksięskim urokiem.
Lithdrae i Eludir.
Zordańskie boginie w ludzkiej postaci? I nie boisz się podciągać rękawów w tramwaju? — zapytał i pokiwał z uznaniem głową. — A myślałem, że wy tam w Stolicy wiecie tylko jak umierać.
Zdmuchnęła kosmyk włosów z twarzy i spojrzała na ciała przy stole.
Co się z nimi stało? To twoja sprawka?
Chwyciła ich za gardła ponura proza Widmolandu.
Daruj sobie te szczeniackie odzywki. Jesteś tak zabawny jak nadgryzione trupy wiszące u bram Strzaskanej Korony, tylko polotu masz mniej.
Żołnierz wybuchł na te słowa gromkim śmiechem.
Pocisk brzdęknął o srebrny pucharek z winem, posyłając go w kierunku ściany, i rykoszetował ze świstem, rozlewając szkarłat po całym stole. Jasne krople trunku spływały po bruzdach na twarzy mężczyzny, po jego zamkniętych powiekach, zaciśniętych ustach i opryskanym mundurze. Ręce automatycznie wyrzucił do góry i trzymał je tak, jakby czekał na kolejny strzał.
Mów — warknęła.
Gdy wdrapałem się tu przez okno, oni już nie żyli. Musieli wiedzieć, że akolici Czarnego Sierpa otoczyli ich dom, że nie ma dla nich ratunku. Zrobili więc to, co arystokraci robią najlepiej… — otworzył jedno oko. — Napchali ryje smoczym mięsem, dosypali trucizny do kielichów i zdechli. Ten młody jeszcze się trząsł, gdy tu wszedłem. Mogłem go uratować, ale wolałem zjeść w spokoju.
Vivienne opuściła w obrzydzeniu kąciki ust i wskazała mu głową okno.
Idziesz ze mną. Pokażesz mi drogę do Samotni.
No nie wiem, to chyba nie najlepszy pomysł — powiedział powoli.
A przestrzelił ci ktoś kiedyś dłoń?
Nie było jeszcze takiego odważnego.

j j j

VIII

Vast fields of ripe wheat
shiver in the scorching sun.
A clap of thunder.

j j j

VII

A lonely scarecrow
dances with the morning mist.
His gaze shines with dew.

j j j

VI

Birds circling up high—
I hold my breath to hear
the pulse of the sea.

j j j

V

Outside the window
a nightly guest looms stilly
but never enters.

j j j

IV

Shoes left on the shore—
the sound of waves building up
against the dry sand.

j j j

#20: Trupojad

Ciało było cięższe od sumienia kata.
Gdy złożyli je wreszcie w dziurze pod wbitą w ziemię łopatą, zajęło im dłuższą chwilę nim odzyskali oddech, dysząc chrapliwie w cieniu korony sinej olchy chylącej się ku nim jak szubienica. Wokół rozpościerały się zgniłe połacie Żelaznych Bagien, martwych trzęsawisk przetkanych niską wstęgą mgły, która owijała ciasno wystające z wody kikuty drzew i krzaków. Gdzieniegdzie można było również dostrzec przeżarte rdzą sylwetki pojazdów na wpół pożartych przez żarłoczny, gęsty muł.
Mogliśmy mu kazać go wykopać, jak na starych filmach… — stwierdził Douglass.
Przecież miał połamane ręce — odburknął Forrest.
No tak — wysapał. — Trzeba go będzie zasypać wapnem, bo go trupojady wywęszą.
Douglass odetchnął wreszcie, odszedł kilka kroków od szpadla, pochylił się nad czarnym foliowym workiem pod nimi i rozpiął rozporek.
Co ty wyprawiasz?
Piwo ciśnie, a jemu i tak wszystko jedno…
Ale mnie nie!
Wtem rozległ się za nimi urwany pisk, prawie skrzek.
Odwrócili się synchronicznie jak tańczące figury z mechanicznych zegarów zdobiących przepastne ratusze Inspektoratu: Douglass z karabinem opartym niezręcznie o biodro, Forrest z pękniętym nożem w wielkiej łapie i równie spękanym garniturem wyszczerzonych zębów.
Stał nie dalej jak trzydzieści metrów od nich.
Nadgryziony grzyb wystawał mu z ust; może go właśnie jadł, a może mu wyrósł. Puste spojrzenie otwartych źrenic o barwie mleka z krwią, choć pozornie bez wyrazu, zdawało się mieć zaklęte w sobie przerażenie. Zastygł na chwilę w bezruchu w tej swojej porwanej kamizelce i drelichowych spodniach, a potem najwyraźniej porzucił nadzieję i rzucił się do ucieczki.
Forrest splunął na ziemię.
Zbierał grzyby… jebany… — wyrzucił z niedowierzaniem. — No łap go!
Po co? Trupojady nie kapują.
Prędzej czy później wszyscy kapują, Douglass. Zwłaszcza trupojady.
Po tych słowach wyrwał mu karabin i przesadził wykop długim susem kulawej gazeli, pędząc przed siebie chwiejnymi krokami, grzęznąc w błocie zatęchłego trzęsawiska i przeklinając nieco za duże buciory, które przymierzał przed chwilą, gdy jeszcze były ciepłe.
Gdyby to mnie mordowali, to nikt by tu nie przylazł, kurwa nikt! — ryczał oddalając się.
Douglass westchnął, wsłuchał się chwilę w chlupot butów Forresta, w metaliczny klekot zaciętego magazynka karabinu, z którym walczył, w dzikie zawodzenie przegniłego turysty wspinającego się po wraku czołgu i rzucającego grzybami w goniącego go oprawcę.
Spuścił wzrok na foliowy worek i sięgnął do rozporka.

j j j

III

A flock of white birds
sing a Roman tale they heard
from the marble lips.

j j j

II

One windy morning
the Moon fell on the mountains.
They swallowed it whole.

j j j

I

A scarlet droplet
shatters the water mirror.
Ripples fade away.

j j j